Z życia mamy w wielkim mieście

Rozmyślania, dylematy na temat macierzyństwa i innych zjawisk w dobie kryzysu wszelakiego

Wpis

piątek, 14 grudnia 2012

wrocławskie autobusy

Ostatnio ze względu na chłód i pluchę chodzę z małym na coraz krótsze spacery, no i jestem zmuszona częściej jeździć komunikacja miejską (w lecie do rynku czy ogrodu botanicznego chodziłam najczęściej piechotą). W ostatni poniedziałek wybrałam się na Biskupin.

Wyruszyłam przed ósmą autobusem A w stronę Koszarowej. Na szczęście pasażerów było mało, synek spał smacznie, więc jechało się bardzo spokojnie. Problemy zaczęły się gdy musiałam się przesiąść. Niby jechałam autobusem niskopodłogowym, ale niestety podłoga autobusu jest położona nieco wyżej od chodnika i trzeba się pomęczyć. Nie zawsze znajdzie się ktoś kto pomoże. Już się do tego przyzwyczaiłam, ale co mnie irytuje to osoby wchodzące do autobusu, którym tak się spieszy, że napierają na wózek i ledwo, ledwo udaje mi się uciec pod wiatę przystanku.

Prawdziwa przygoda zaczęła się w czasie drogi powrotnej. Na Biskupinie jak wiadomo mieszka sporo studentów i autobusy są przeważnie pełne. Wejście do pełnego pojazdu to nie lada wyzwanie. Nie pierwszy raz musiałam prosić o zwolnienie mi miejsca przeznaczonego dla wózka. Ale za każdym razem ktoś albo udaje, że nie słyszy, albo patrzy nam mnie zdziwiony. Najczęściej stoję z wózkiem w przejściu nie mając innego wyjścia. Przyznam, że raz z bezsilności wjechałam niby przypadkiem na jednego pana, który stał na środku pustego autobusu. Drastyczne, ale poskutkowało. W czasie wspomnianego już powrotu do domu studenci napierali na wózek tak, że mały się obudził i zaczął wrzeszczeć. Naprawdę mu się nie dziwię. Nie dziwię się też ludziom, których to drażni. Bo płaczące dziecko w autobusie to nic przyjemnego. Ale, mimo że pewnie sporo osób myśli inaczej, wyjazd z dzieckiem najczęściej nie jest kaprysem matki, ale koniecznością. Niestety niewiele osób rozumie, że jest to ogromny stres i po każdym wyjeździe jestem cała mokra i wściekła. Bo współpasażerowie nam nie ułatwiają życia: patrzą na nas ni to z litością ni z wyższością. Z moich doświadczeń wynika, że najbardziej wyrozumiałe są dziewczyny w moim wieku, które nie raz przeżyły to co ja, starsi panowie i panowie lubiący wypić (zazwyczaj w średnim wieku, ubrani schludnie, "pachnący" alkoholem i lubiący sobie pogadać). Ostatnio jeden z takich panów dorwał mnie przy kasie w Lidlu i był przeszczęśliwy, że z nim porozmawiałam. Obiecał wypić za mnie i synka. Życzliwe osoby pamięta się długo. Dobrze, że są:)

Szczegóły wpisu

Tagi:
Kategoria:
Autor(ka):
franciszkadab
Czas publikacji:
piątek, 14 grudnia 2012 16:48

Polecane wpisy